Usiądź wygodnie. I posłuchaj …
Bo to nie jest zwykła historia. To opowieść, którą starszyzna mogłaby szeptać przy ognisku, gdy fale rozbijają się o czarne skały.
Legenda o Kobiecie, która znalazła drogę do domu.
Dawno, niedawno – w krainie daleko od Pacyfiku, w chłodnej Polsce – żyła Kobieta, której imienia dziś nie trzeba wymawiać. Bo każda z nas może nią być.
Pracowała w szalonym świecie liczb, raportów i szklanych okien wieżowca w centrum miasta. Korporacyjne korytarze były jak labirynt. Miała swój identyfikator ze zdjęciem i numerem pracownika: 11.
Pracowała tam już ponad dekadę. Jednak jej dusza nie mieściła się w tabelach. A ciało nie potrafiło usiedzieć w miejscu.
W weekendy uczyła się starożytnego hawajskiego dotyku – lomi lomi nui. Uczyła się nie tylko techniki, lecz filozofii aloha – obecności i oddechu. Czuła, że jej dłonie pamiętają coś, czego umysł jeszcze nie rozumiał
Aż pewnego dnia wydarzył się wypadek. Nagły, brutalny, zatrzymujący ją na długie miesiące w łóżku.
Jej ciało zostało unieruchomione, a świat, który znała, pękł i rozsypał się w drobny mak. Rehabilitacja trwała długo. Był ból. Było zwątpienie. Były łzy w ciszy i wycie z bezsilności na głos. I kiedy nie mogła biec – dopiero wtedy zaczęła oddychać.
I w tym oddechu obudził się wulkan. Na Hawajach mówi się, że ogień w sercu należy do Pele – bogini ognia i przemiany. Gdy coś w nas umiera, Pele nie niszczy bez powodu. Ona tworzy nowy ląd.
Kobieta, po 11 miesiącach wróciła do pracy. Siadała znów przy swoim biurku, z przypiętym do marynarki identyfikatorem z numerem 11. I zastygała w bezruchu. Po kilku dniach zrozumiała, że to już nie jest jej wyspa.
Minęło dokładnie 11 lat odkąd zaczęła tam pracę. Wstała i poszła do szefa z wypowiedzeniem.Nie z buntu, czy złości. Zrobiła to w zgodzie ze sobą, z szacunku i miłości do siebie.
1 marca 2008 roku wsiadła do samolotu. Z biletem w „jedną stronę” czuła, że kiedy wróci do Polski, już nic nie będzie takie same.
I poleciała na Hawaje. Na wyspę Kauai – najstarszą z wysp, zwaną Wyspą Ogrodów.
Gdy wylądowała i wyszła z samolotu, stąpając po rozgrzanej tafli lotniska, zatrzymała się się na moment.
I wtedy to poczuła TO. Nie ekscytację. Nie strach. A wzruszenie i … Rozpoznanie. Jakby ziemia pod stopami powiedziała: „Wróciłaś do domu”. Bo dom nie zawsze jest miejscem, w którym się rodzisz. Czasem jest miejscem, które budzi Twoje serce.
Tego dnia zaczęła się jej świadoma podróż do siebie. Uczyła się dalej lomi lomi nui. Została nauczycielką. Cierpliwie uczyła się ciszy Oceanu. Uczyła się, że prawdziwa moc nie jest w sile, lecz w spokoju i w zgodzie. Ze sobą. A wulkan w jej sercu, rozpalony przez doświadczenie wypadku, przez lata korporacyjnej ciszy, przez tęsknotę – wybuchł 1.03.2008r.
Ale nie zniszczył jej. I tak jak lawa Pele, która spływa do Oceanu i stygnie, tworząc nowy ląd, tak ona zaczęła tworzyć nowy ląd swojego życia. Zrozumiała, że jej misją jest przywracać ludziom kontakt z ich własnym oddechem. Z ich ciałem. Z ich prawdą. I tak, z połączenia Oceanu i ognia, zrodziła się wizja. Nazwa przyszła jak szept z głębin.
Kanaloa.
W hawajskiej tradycji Kanaloa to bóg Oceanu, głębi, tajemnicy i uzdrawiania. Strażnik podświadomości. Opiekun tych, którzy nurkują w siebie.
Ona zrozumiała, że przez lata uczyła się zanurzać. Najpierw w liczbach. Potem w bólu. W końcu w ciszy swojej duszy.
Firma Kanaloa ®️ nie powstała z planu biznesowego. Powstała z powołania. Przywołania przez Ocean.
Kanaloa®️ stała się przestrzenią, gdzie dotyk był modlitwą. Gdzie masaż był powrotem do domu. Gdzie kobiety przypominały sobie, że w ich sercach też mieszka wulkan. I jak każda prawdziwa hawajska legenda – ta historia nie kończy się tu. Bo nowy ląd dopiero się uformował. A Ocean dopiero zaczynał opowiadać swoją opowieść…
O Kanaloa opowiem Ci więcej, w kolejnej odsłonie.